Uwaga - długo będzie...
Z punktu widzenia ostatnich trzech miesięcy mogę powiedzieć, że nowotwór jest straszną chorobą dezorganizującą życie całej rodziny, stawiającą wszystkich, których dotyczy w diametralnie innej sytuacji. Leczenie? Nie przechodziłam leczenia, więc tak naprawdę nie wiem jak się samo podawanie cytostatyków odczuwa – obserwowałam jedynie Adama i byłam z nim – w każdej minucie duchem, maksymalnie długo fizycznie. Jako żona spodziewałam się, że chemia to masakra wyłączająca człowieka z życia, pełna cierpienia i nie wiem czego jeszcze, ale na pewno czegoś strasznego.
Jak było?
Na początku, zaraz po diagnozie - strasznie, walczyłam żeby rano wstać z łóżka – fizycznie się do tego zmuszałam. W jednej chwili opuściły mnie siły i chęć do życia… działałam jak automat. Funkcjonowałam na podstawie kartki, na której rano pisałam co mam w danym dniu zrobić i wykonywałam te zadania punkt po punkcie – musiałam notować wszystko, ponieważ zdarzyło mi się zapomnieć o obiedzie dla dzieci…. To był okropny i ciężki czas: od diagnozy to czasu, kiedy Adam wrócił do domu po orchidektomii.
Potem mieliśmy taki czas bardzo bliski, kiedy razem płakaliśmy, ustalaliśmy jak rozmawiać z dziećmi, był też czas niezgody na to co nas spotkało. Uważałam, że to bardzo nie w porządku, że taka choroba dotyczy mojego Adama, wolałam by spotkała mnie… Pamiętam, jak Adam powiedział, że to bez znaczenia, które z nas – boli tak samo. Miał rację – to bez znaczenia… Przyszła moc do działania, w dużej mierze dzięki Waszym wskazówkom – dawaliście mi zadania do wykonania i ja je wykonywałam. Były oczywiście dni, gdy byłam rozsypana na kawałeczki – chyba wzajemnie z Adamem nauczyliśmy się trochę oszukiwać czym dodaliśmy sobie otuchy i siły.
Od wezwania lekarza na wizytę 1 stycznia to już tylko okres działania. Każdego dnia odkładam na tył głowy czarne myśli i strach. Skupiam się, by zrobić wszystko co trzeba zrobić, nic mniej, by niczego nie przeoczyć. Adam ma mnie z tą nadgorliwością już powyżej pępka… Trudno, musi być dzielny
Przy tym wszystkim sama chemioterapia to dla mnie był czas… wypoczynku. Niedorzeczne? Tylko wtedy, kiedy Adam był na oddziale mogłam normalnie zasnąć i przespać większość nocy. Nie bałam się, że mu nie będę w stanie pomóc. W czasie dnia na oddziale panowała naprawdę rodzinna atmosfera – czuliśmy się tam oboje dobrze i bezpiecznie. W czasie przerw we wlewach – w Krakowie było już nerwowo. Miałam problemy z tym by zaufać Adamowi, gdy czuł się źle i nie chciał wezwać pomocy medycznej… Sama chemia 3 x BEP z mojego punktu widzenia nie była straszna. Była trudna, niefajna, ale nie potwierdziły się żadne z moich przypuszczeń. Wybaczcie za dosadność, ale bałam się, że Adam trafi do „umieralni” – trafił na oddział w znakomitej większości zapełniony żartującymi i dodającymi sobie sił pacjentami. Kadra – marzenie. Szczególnie pierwszy cykl przyniósł nam wiarę w wyzdrowienie - każdy dzień to Adam sprawniejszy i lepiej funkcjonujący.
W całym tym okresie były dla mnie dwa bardzo trudne momenty: pierwszy na SORze, kiedy Adam godzinami czekał na pomoc. Bardzo trudny czas – przetrwałam dzięki mojemu Braciszkowi i zaprzyjaźnionemu lekarzowi – Doktorowi Jarkowi. Był to jedyny moment, kiedy byłam bliska załamania nerwowego. Siedziałam na korytarzu i płakałam – szlochałam właściwie….
Druga taka ciężka sytuacja to moment, kiedy po wizycie u Pani Doktor w Częstochowie musieliśmy wrócić do Krakowa – ciężko było. Bałam się, że Adam odejdzie…., że nie dożyje chemioterapii.
Jak widzicie, to co najtrudniejsze u mnie to wszystko co się działo przed chemioterapią. Samo leczenie przyniosło nam lepsze samopoczucie Adama – z dnia na dzień – i niesamowitą nadzieję. Dzisiaj wiem, że Adam zniósł chemię dobrze i to nie było straszne.
Po wszystkim jestem rozchwianym kłębkiem poszarpanej psychiki – myślę, że wiele czasu zajmie zanim dojdę do siebie. Adamowi, naszej rodzinie, przyjaciołom i Wam zawdzięczam to, że nie zwariowałam. Codziennie dziękuję Bogu za Asię, która pokazała mi forum, niemal zmusiła mnie do czytania, kiedy absolutnie nie wierzyłam w to miejsce i nie miałam ochoty na czytanie żadnego forum, a na pisanie to już w ogóle… Dziękuję też za to, że Adam jest silny, że potrafi się tak pozytywnie nakręcić i nie poddawać – mój Bohater
Trollu, z perspektywy leczenia nie zmieniłabym nic. Wszystko dzięki Tobie i Wam Forumowicze poszło we właściwym kierunku. Choroba jest straszna, leczenie jest…. leczeniem. Trzeba przejść i się nie poddawać. Na pewno nie traktuję tego co Adam przeszedł w szpitalu w kategoriach koszmaru. Było normalnie, niedogodności i dolegliwości – trudno by ich nie było, w końcu tłoczą człowiekowi truciznę. Ale da się przejść.
Chciałabym podziękować wszystkim użytkownikom forum – tworzycie miejsce niesamowite. Wspólnie walczycie o ludzkie życie… Dziękuję
Jeżeli ktokolwiek czytając te rozważania ma pytania, piszcie – odpowiem.
Adam! Twoja kolej - wiem, że nie lubisz pisać... Kocham Cię
